strona główna archiwum
Nasz rejs ...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

JAK FENIKS Z... MIELIZNY
Wiesław Drabik

 
DRABI ex. CZARTORYSKI znowu na wodzie

"Przyczyną osadzenia jachtu CZARTORYSKI na przybrzeżnej płyciźnie około 400 m na zachód od wieży obserwacyjnej WOP w miejscowości Łazy w dniu 21.10.1986 około godz. 1140 w warunkach bardzo dobrej widoczności, wietrze 7-9°B i stanie morza 5..."

 

ak brzmi początek orzeczenia Izby Morskiej, które następnie stwierdza: "było przedwczesne, bez podjęcia próby zmiany żagli, manewrowania żaglami i silnikiem oraz pracy kotwicy, skierowanie jachtu do brzegu, mimo zachowania przez statek zdolności manewrowej i pływalności po utracie awaryjnego rumpla, tratwy ratunkowej i częściowym zalaniu wodą w wyniku dużego, chwilowego przechyłu na spiętrzonej fali, który nastąpił około godz. 1030. Wypadek zawiniła kapitan, która zamiast podjąć działania w celu utrzymania jachtu w bezpiecznej odległości od brzegu, do czasu nadejścia pomocy, skierowała go na brzeg" (z orzeczenia Izby Morskiej w Szczecinie z dnia 30.01.1987 r.).

Epilog?

Jacht, wybudowany z dala od morza dzięki ogromnemu zapałowi puławskich żeglarzy, nie dokończył swojej historii leżąc na plaży zalewany jesienną, sztormową falą.
CZARTORYSKI był chlubą miasta - jego mieszkańców i władz. Stał się oczkiem w głowie puławskiego środowiska żeglarskiego. Drogę na morze poprzez pokład jachtu znalazło wielu późniejszych kapitanów i sterników morskich. Rejsy stażowe czy turystyczne prowadziły do wielu portów, na różnych morzach i oceanach.

Ucieczka od dekretu

Spośród wielu rejsów poprzedzających wypadek, a i późniejszych, jeden szczególnie zapisał się w historii - nie tylko jachtu.
"...Kiedy po 40-dniowym rejsie przez Atlantyk dopłynęli do Port Elizabeth koło Nowego Jorku, na nabrzeżu witały ich tłumy, a prasa amerykańska i polonijna z zadziwiającą jednomyślnością wykreowały na politycznych herosów, którzy zdecydowali się na ten desperacki krok, gdyż nie mogli już dłużej żyć w okupowanej Polsce. Taki był epilog rejsu, który zaplanowano na 90 dni, a faktycznie trwał 5 miesięcy i zakończył się nie w Kołobrzegu, lecz na ziemi amerykańskiej. Uciekli z Polski takiej, jaka jest teraz, i powrócą do niej, jeśli się zmieni" - pisał "New York Times" niemal nazajutrz po zacumowaniu jachtu CZARTORYSKI w Port Elizabeth. "Żagiel przynosi Polakom wolność" - donosił "Daily News". Po 10 dniach czterech członków polskich związków zawodowych "Solidarność", którzy w ciemnościach wpłynęli do Port Elizabeth, uzyskało azyl polityczny...
Niecodzienne perypetie jachtu i jego załogi zaczęły się raczej banalnie. CZARTORYSKI pływał po Morzu Śródziemnym. W Pireusie miały się odbywać wymiany załóg... Dekret o stanie wojennym i wynikające stąd ograniczenie ruchu turystycznego plany te pokrzyżował. Jacht ze szczątkową załogą z ostatniego rejsu doczekał w Pireusie wiosny 1982, kiedy właściciel - Instytut Nawozów Sztucznych w Puławach oraz Lubelski Okręgowy Związek Żeglarski, podjęły starania o sprowadzenie go do kraju. Skompletowano załogę, która jednak postanowiła miast do kraju popłynąć do Stanów Zjednoczonych.
W uzupełnieniu należy dodać, że powrotną drogę zza oceanu do Polski jacht przebył na pokładzie statku. Władze nie chciały powtórnie ryzykować.

Rzadko zdarza się oglądać swój jacht z takiej wysokościNadaję Ci imię DRABI

Po sztrandowaniu CZARTORYSKI jeszcze raz przebył drogę lądową z wybrzeża do Puław w celu wykonania kapitalnego remontu. Jednak nowe uwarunkowania gospodarcze postawiły pod znakiem zapytania powrót jachtu na morze. Koszty przerastały możliwości klubu. Podjęto decyzję o sprzedaży jednostki.
Po zmianie właściciela jacht przebył następny odcinek swojej lądowej odysei z Puław do Chełma - jeszcze o 100 km dalej od najbliższego morskiego portu. Dwa lata trwały prace remontowe - wykonywane przez zapaleńców, którzy w większości jachtu morskiego na oczy nie widzieli. Zgodnie z nową dokumentacją pozostawiono tylko jeden maszt. Nowy silnik Volvo-Penta zastąpił zawodnego Ursusa. Zmniejszono liczbę koi, dzięki czemu wnętrze stało się bardziej przestronne.
Miejscowy wytwórca mebli sprezentował tapicerkę, dystrybutor akumulatorów - trzy baterie. Zapał armatora udziela się wielu. Przychodzą popatrzeć, ale również i pomóc - na godzinę, na dwie... Nie tylko żeglarze, ale i koledzy, przyjaciele, znajomi znajomych... Uwieńczeniem włożonego trudu jest chrzest, tym razem 600 km od morza. Wolą właściciela było podziękować życzliwym, którzy w uroczystości w Gdańsku nie mogliby uczestniczyć. Córka armatora wypowiada sakramentalne: "nadaję Ci imię DRABI...", butelka szampana szczęśliwie rozbija się o burtę, a ksiądz błogosławi.
Dawno temu - wydaje się, że minęły wieki - znajomy kapitan relacjonował mi własne wrażenia ze swojej pierwszej podroży na własnym jachcie. Dzisiaj ja stąpam po swoim pokładzie. Prawie 15 lat marzeń. Jaki będziesz mój jachcie? Wierzę, że szczęście nigdy nas nie opuści!

Trudny transportOperacja transport

Przed nami długa i niebezpieczna droga do Gdańska, a miejscowy chełmski przewoźnik za symboliczną opłatą wypożycza naczepę niskopodwoziową z ciągnikiem siodłowym. Na trasę wyrusza 10-osobowa ekipa. Dysponujemy, delikatnie mówiąc, tylko namiastką pozwolenia na przejazd. Rzeczywiste wymiary ładunku zgodnie z przepisami narzucały warunki nie do spełnienia, gdyż koszty były porównywalne z wartością jachtu.
Szczęśliwie na trasie spotykaliśmy się z życzliwością i pomocą policji. Zdarzało się, że wstrzymywano ruch na trasie Warszawa - Gdańsk. Do przeprowadzenia tej operacji angażowano po kilka radiowozów. Swoją drogą, gdyby zliczyć te wszystkie "mile", jakie przebył jacht przewożony niczym księżna, zostałby pewnie rekordzistą wśród innych jachtów.
Po opuszczeniu jachtu na wodę okazuje się, że cieknie dławica wału silnika. Powtórne podnoszenie jachtu. Dźwigowy podtrzymuje na duchu: nie martwcie się, poczekam. Przygotowuje dla nas kolację, gdy zajęci jesteśmy usuwaniem usterki. Mija druga doba pełna napięcia, bez snu. Kolejny raz jacht jest opuszczany... Tym razem wszystko jest w porządku. Nie cieknie. Pierwsza spokojna chwila. Jacht stoi zacumowany przy kei.
Dziewicza noc we własnej koi. Mimo to sen nie przychodzi. Moc wrażeń i układanie planów na jutro nie pozwalają zasnąć.

W drodze do żeglarskiego marzenia

Kolejne dni upływają pod znakiem wytężonej pracy: klarowanie, wykonanie olinowania stałego, stawianie masztu, odbiór przez urzędników PRS i Urząd Morski.
Nadchodzi wymarzona chwila - oddajemy cumy.
Wyjście z Górek. Zgodnie z tradycją, pomimo dokładnych wskazówek bosmana AKM, delikatnie "zaliczamy" pierwsze miałkie.
Już przy pierwszych manewrach wychodzą niedociągnięcia, błędy i "rzeczy do poprawy". Nie dopasowane żagle, zacinające się windy fałowe itd. Nic nie jest jednak w stanie zburzyć naszej euforii.

Znowu pośród fal

Okazja do pierwszej, poważniejszej wyprawy nadarzyła się już wkrótce.

Dalszy ciąg znajdziecie w magazynie.

 

REJS
Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków
Maj, 2000