strona główna archiwum
Nasz rejs...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

WODNIK W BŁĘKICIE MORZA
ŚRÓDZIEMNEGO
Ewa Mireska-Huńka

 

Przypomina XVIII-wieczny piracki szkuner, tyle że wyposażony jest w silnik, radar, radiostację, klimatyzację... W kasztelu jest kambuz z lodówką i zamrażarką. WODNIK natychmiast staje się główną atrakcją każdego portu, do którego zawija. Oblegają go tłumy, ciągną do niego... nowożeńcy.

 

Był czerwiec 1996 roku. Do jachtu WODNIK dotarłam w godzinach popołudniowych wraz z trójką młodych ludzi. Na jachcie oczekiwała nas trzyosobowa załoga. Stał przycumowany w porcie Aqua Dulce, na Morzu Śródziemnym około 230 km od Malagi i 25 km od Almerii.

Muszę wyjaśnić, że pochodzę ze środkowej Polski, boję się szybkiej jazdy, dużą wodę akceptuję w średnim basenie, nie jeżdżę na nartach, mam lęk przestrzeni i na pewno wiele innych lęków, których jeszcze w życiu nie sprawdziłam ze względu na brak okazji. No i wybrałam się do Hiszpanii na jacht.
Kapitan oświadczył nam, że musimy wypróbować silnik, więc na noc wypływamy w morze, a wracać będziemy o świcie. Zjedliśmy obiadokolację na lądzie, z której wybrałam to, co znałam, a omijałam to, co kolczaste i nieznane. Zrobiliśmy zaopatrzenie i wypłynęliśmy w morze.

Tradycja z nowoczesnością pogodzona

Została mi przydzielona kabina z toaletą i prysznicem. Kabina wyłożona drewnem, na podłodze dywanowa wykładzina w głębokim bordowym kolorze, dwie koje. Do późnej nocy spacerowałam albo siedziałam na pokładzie jachtu, w którym od razu się zakochałam. Jacht wygląda jak stary statek, na którym niejaki Kolumb robił swoje odkrycia. Cały z drewna, z żaglami, masztami, duży, bo około 36 m długości. Z kasztelem, w którym znajdują się pralki i zamrażarki, kuchnia z całym wyposażeniem i stół, przy którym serwowane są posiłki. Na zewnątrz jacht wygląda jak wyjęty z innej epoki, niemniej posiada silnik rozwijający szybkość do 12 węzłów, radar, radiostację, telefon i różne kompasy.

No więc, jak już wspomniałam, wypłynęliśmy. Słońce zaszło, robiło się szaro, coraz ciemniej i chłodniej. Z dala, z brzegu mrugały do nas coraz mniejsze oczy świateł, aż ogarnęła nas całkowita ciemność. Płynęliśmy jeszcze długo, wreszcie padła komenda - silnik stop! W programie było dryfowanie. Zrobiło się cicho, morze gładkie i granatowe. Czasem tylko coś przeleciało, ciekawa byłam co, ale nie mogłam zidentyfikować obiektów. Musiały być żywe, bo wydawały jakieś piski. Pogrążyłam się w rozmyślaniach, dziwiłam się brakiem objawów mojej własnej choroby morskiej i tak siedząc na bakiście doszłam do wniosku, że trzeba chyba iść spać, ale nie chciało mi się ruszyć.

Według scenariusza Guardia Civil

Pokład był pokryty słoną wilgocią. Nikt niczego nie przeczuwał ani nie słyszał. Nagle rozbłysły silne światła i na pokład wskoczyło chyba ośmiu ludzi ubranych w czarne skafandry z bronią, chyba cholera, gotową do strzału.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dalszy ciąg znajdziecie w magazynie.

 

REJS
Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków
Czerwiec, 2000