strona główna archiwum
Morskie opowieści...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

ŻEGLOWANIE POD STRAŻĄ
Dariusz Bogucki

 

...niespodziewanie znaleźli się na obszarze radzieckich wód terytorialnych. Groźbą ostrzelania zmuszono całą szóstkę do przepłynięcia wpław na ląd, gdzie na pogranicznej strażnicy zamknięto ich w piwnicy, zostawiając jacht bez opieki na plaży.

 

Obóz żeglarski w Świbnie się kończył i powoli zbliżała się jesień '47 roku... Władza w tym czasie na dobre zabrała się za ograniczanie swobody żeglowania, ale rozprowadzanie informacji, nawet tych zakazowych nie było ani dobrze zorganizowane, ani szybkie, a sposoby egzekwowania zakazów były wręcz prymitywne, tym niemniej skuteczne.

Koniec żeglarskiej swobody

Dlatego wychodząc którejś niedzieli w końcu lata z Gdańska nie wiedzieliśmy ani my, ani Kapitanat Portu, że w sobotę został wprowadzony ścisły nakaz uzyskiwania pozwoleń na pływanie. Dopiero parę dni później dowiedzieliśmy się, że powodem była ucieczka do Szwecji jednego z gdyńskich jachtów. Ale tej niedzieli oficer dyżurny Kapitanatu odprawił naszego WODNIKA normalnie, na listę załogi, i wypłynęliśmy spokojnie na Zatokę.

Słońce jeszcze solidnie dogrzewało, wiatr był lekki i morze niemal gładkie. Jednym słowem zwyczajnie i trochę nudno. Popłynęliśmy w stronę Helu, ale gdzieś w połowie dystansu doszliśmy do wniosku, że wolimy pójść na lody, niż na tradycyjne na Helu "szneki z glancem", a że na Helu dobrych lodów nie dostaniemy, więc zawróciliśmy w głąb Zatoki. Do mola w Sopocie już nie można było dobijać, zatem popłynęliśmy do Gdyni.

Lądowanie pod bagnetem

Kiedy wpłynęliśmy do basenu jachtowego, zdziwiła nas martwota i niemal całkowity brak oznak życia na jachtach. Zwykle tętniący życiem basen był bezludny. Pomimo wywołanego tym zdziwienia, złożyliśmy się spokojnie do lądowania podchodząc wolniutko dziobem do nabrzeża. Ale zanim kolega zdążył wyskoczyć z cumą na ląd pojawił się skądś, niezauważony wcześniej żołnierz na bojowo wyekwipowany, który wystawiwszy w naszym kierunku karabin z nałożonym bagnetem surowym głosem zawołał, że nie mamy się ruszać, bo jesteśmy aresztowani.

Zaskoczeni kompletnie zamarliśmy, ale WODNIK nie usłuchał i zaczął sobie dryfować zagrażając kolizją ze stojącymi obok jachtami. Żołnierzowi trudno było wytłumaczyć cokolwiek, ale jakoś, przekrzykując się wzajem w zdenerwowaniu, uzyskaliśmy tyle, że pozwolił nam przycumować i wyjść z jachtu. O tym, żeby się czegokolwiek dowiedzieć od żołnierza, nie było w ogóle mowy, bo nie chciał albo nie mógł nam nic powiedzieć, tylko trzymał nas ciągle pod lufą i kazał czekać na oficera.
Czas mijał, lodów nam się odechciało, za to odezwał się głód, którego nie gasiła już nawet wzbierająca w nas ciągle złość. Wreszcie nadjechał łazik z kilkoma nawet oficerami i zaczął się drugi akt farsy. Bo zdaniem oficerów zostaliśmy przyłapani na próbie ucieczki za granicę na uprowadzonym jachcie, więc aresztowanie nas było słuszne i usprawiedliwione. Nasze wyjaśnienia niewielki odnosiły skutek, a groteskę sytuacji powiększał fakt, że oficerowie też nie wiedzieli, co z nami, no i z jachtem mają zrobić. Naradzali się jakiś czas, po czym stanęło na tym, że jacht i załoga zostaną pod strażą w basenie, a mnie jako prowodyra zabiorą ze sobą na jakąś komendę, gdzie ktoś ważny zdecyduje, co dalej. Zawieźli mnie na daleki koniec portu, posadzili w dyżurce, a sami poszli się naradzać.

Aresztowany jacht

Długo czekałem, ale wreszcie wezwano mnie przed jakiegoś wyższego rangą, który oznajmił mi bezdyskusyjny wyrok. Ja mogę wrócić do basenu i razem z załogą możemy sobie pójść do domu, a jacht zostanie pod strażą WOP-u. Jutro mogę pojechać do Nowego Portu do Dowództwa Brygady i jeżeli uzyskam odpowiednie zezwolenie wydadzą mi WODNIKA.

Wściekły z bezsilności powędrowałem piechotą przez cały ogromny port z powrotem do basenu jachtowego, gdzie rozpoczął się akt dalszy niespodziewanej przygody. Otóż żołnierz stojący na straży przy jachcie nie przyjął do wiadomości przekazanej mu przeze mnie decyzji, tylko kazał czekać na oficera rozprowadzającego zmianę warty, co miało nastąpić dopiero wieczorem. Cóż było robić - czekaliśmy. O nastroju nie wspomnę, bo wiadomo, w jakim byliśmy. Pojawienie się rontu zmiany warty niczego zresztą nie zmieniło, bo oficer nic nie wiedział, a łączności telefonicznej nie było. Pojechał do Komendy, żeby zweryfikować przyniesioną przeze mnie dyspozycję, a my nadal musieliśmy tkwić pod strażą. Długo to trwało, ale wreszcie zostaliśmy zwolnieni i mogliśmy wrócić do Gdańska koleją.

Nazajutrz rano, zaopatrzony w upoważnienie z Klubu pojechałem do Nowego Portu. Poczynając od warowni w Dowództwie Brygady WOP przebijałem się kolejno przez poszczególne kręgi niewiedzy, dezinformacji i personalnej czy ogólnej niemożności w świecie jakby żywcem przeniesionym z wyobraźni Kafki czy Mrożka do realnej codzienności. A czas sobie płynął niefrasobliwie, lecz upór przezwyciężył wszystkie przeszkody i już około południa otrzymałem do ręki stosowne zezwolenie na odebranie jachtu z wopowskiej niewoli.

Koledzy w umówionym miejscu czekali cierpliwie na rezultaty moich zmagań, tak że bez zwłoki popłynęliśmy do Gdyni, radując się pogodą, która tego dnia wyglądała jeszcze lepiej niż poprzedniego.
Radość nasza trwała jednak tylko do momentu dotarcia do basenu. WODNIK stał tam, gdzieśmy go wczoraj zostawili, ale przywiezione zezwolenie nie zrobiło na pilnującym go żołnierzu spodziewanego wrażenia. Bo jego tu postawili na straży i żaden nawet poważniej niż ja wyglądający cywil nie będzie mu dawał poleceń. No i farsa z poprzedniego dnia, czyli oczekiwanie na zmianę warty, zaczęła się od nowa. Popołudnie przechyliło się już wyraźnie ku wieczorowi, gdy nadjechał łazik z oficerami.

Żywioły nieposłuszne władzy

Okazało się, że panowie oficerowie jednak wiedzą tym razem, co mają z nami zrobić, ale postanowili sobie na tym skorzystać. Oznajmili mi kategorycznie, że ponieważ dwaj z nich kończą właśnie służbę, popłyną z nami do Nowego Portu, bo wracają do Dowództwa Brygady. Zapytali mnie tylko, jak to długo potrwa. Pogoda była wciąż dobra, wiatru w sam raz, więc powiedziałem, że wieczorem będziemy na miejscu. Zaakceptowali, wtupali się wojskowymi buciorami na pokład i mogliśmy ruszać.

Do trawersu Orłowa wszystko przebiegało normalnie, ale już zbliżał się zachód słońca i wiatr zaczął ścichać. Niemrawe podmuchy dowlokły nas na wysokość Sopotu, gdzie utknęliśmy na dobre. Morze pokryło się wypolerowaną lśniącą taflą, a jacht powoli, od niechcenia kołysał się na resztkach martwej fali. Dla naszej czwórki załogi sytuacja taka była czymś naturalnym, co zawsze może się zdarzyć, ale obaj oficerowie zaczęli się denerwować. Napadli na mnie ostro, że oni nie mogą tu tkwić, że zapewniałem im rozsądny czas powrotu do portu i że powinienem coś zrobić. Długo trwało, zanim z trudem i oporami zrozumieli konieczność pogodzenia się z losem.

Dalszy ciąg znajdziecie w magazynie.

 

REJS
Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków
Czerwiec, 2000