strona główna archiwum
Nasz rejs...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

KRZYŻ POŁUDNIA ŚWIECI OBCO
Henryk Wolski

 

Powtórzyliśmy wprawdzie wyczyn Shackletona, ale teraz, po ukończeniu rejsu, mogę stwierdzić, że nasza odległość do brytyjskiego żeglarza jeszcze się zwiększyła. Niewyobrażalne, ile woli przeżycia musieli oni mieć w sobie, aby nie poddać się w takich warunkach.

 

Czytając 18 lat temu książkę o dramatycznej wyprawie Shackletona na statku ENDURANCE czułem się tak odległy od tamtych wydarzeń, tak niewyobrażalne były dla mnie opisywane losy tych ludzi, że nawet nie zadałem sobie wtedy trudu zobaczyć w atlasie, gdzie jest Południowa Georgia. Było to jakieś 18 lat temu. Tymczasem zimą zeszłego roku zadzwonił do mnie Arved Fuchs...
- No bo właśnie... - i ruszyliśmy do omawiania szczegółów wyprawy szlakiem ostatniego etapu antarktycznej odysei Sir Shackletona sprzed osiemdziesięciu pięciu lat (por. "Rejs" nr 3 i 4/2000 oraz nota na str. 21).
JAMES CAIRD II - replika łodzi, którą po zatonięciu ENDURANCE brytyjski polarnik i marynarz wyruszył po ratunek dla 22 towarzyszy - został zbudowany solidnie w duńskiej stoczni. Wymiary były zdjęte z oryginału.
W październiku zeszłego roku załoga zjechała na wodowanie. Było nas czworo. Arved Fuchs i Martin Friderichs - obydwaj Niemcy, Sigga Sverrisdoltir - Islandka i ja -Polak. Wszystkich łączyło to, że każdy z nas pływał z Arvedem na jego DAGMAR AAEN. Każdy też miał duży staż morski i pływał lub bywał w regatach polarnych. Z wstępnym dopasowaniem się nie było żadnych problemów.

Po próbach JAMES CAIRD II został załadowany do kontenera i popłynął statkiem.

12.01.2000
zostaliśmy zwodowani w Hope Bay przy półwyspie Antarktycznym na pozycji 63°24' S 057°02' W.
Shackleton wraz ze swymi ludźmi zaczął swą podróż niedaleko wyspy Poulet. Nasze miejsce startu było na południe od tej wyspy, czyli trochę większą drogę mieliśmy do przebycia. Musieliśmy poczekać, aż przypłynie DAGMAR AAEN z ekipą filmową. Przybyła wieczorem 16 stycznia.

19.01
, w moje imieniny, o godzinie 16 czasu miejscowego wystartowaliśmy. Wiała czwóreczka z NE, nasz kurs był raczej północny, czyli wybraliśmy do bajdewindu prawego halsu i poszli. Krótko po nas wystartowała DAGMAR, kręcili, pstrykali i popłynęli dalej w kierunku Deception Island - kręcić ujęcia do innego filmu. Umówieni byliśmy w zatoczce wyspy Gibbs około 50 Mm na południe od Elephant Island, gdzie nie sposób było czekać ze względu na brak dogodnego kotwicowiska.
Zostaliśmy sami z górami lodowymi, które staraliśmy się omijać w przyzwoitej odległości. Osobiście lubię je podziwiać mając w zapasie parę koni mechanicznych. W naszym przypadku bliskość góry lodowej powodowała zasłonięcie wiatru lub dostanie się w strefę prądów wokół niej.
Było chłodno, ale znośnie - zaczęliśmy się przyzwyczajać do rytmu okrętowego. Wachty były już ustalone: pojedyncze po 3 godziny. Schodzący z wachty pozostawał dalsze 3 godziny na stand by. Zrezygnowaliśmy ze stałych posiłków. Zresztą nie było na to miejsca. Najlepiej, gdy dwie osoby były w kojach (szumnie nazwane), jedna na pogotowiu i jedna na wachcie. Osoba na pogotowiu miała dość czasu, aby zjeść jakiegoś wysokokalorycznego batona czy zagotować wodę. Czasami robiliśmy coś ciepłego do jedzenia, ale generalnie odżywialiśmy się bardziej na sposób kosmonautów. Kolejka wacht była następująca Arved, Martin, Sigga, ja. Liczyło się począwszy od północy, czyli na mnie wypadała 9-12 po południu i przed południem.

Z tego pierwszego przejścia zapamiętałem, jak poprosiłem Sigge o kubek letniej wody. Chciało mi się pić i letnia woda nigdy do tej pory mi nie smakowała, a ta wydała się ambrozją. Z gotowaniem było w ogóle trochę problematycznie. Mieliśmy stolik z dziurą na szybkowar, a do dna szybkowara gumami wg mojej konstrukcji przymocowany był palnik. Dumny z tego nie byłem, ale działało. Oczywiście w naszej ekspedycji zawsze można było podeprzeć się tezą, że w oryginale mieli jeszcze gorzej, ale tu zaczęłaby się dyskusja, co mamy robić identycznie jak Shackleton, a co nie.
W drugi dzień po wypłynięciu dopadła nas flauta i zostaliśmy poddani pierwszej próbie cierpliwości, a właśnie cierpliwość, cierpliwość i optymizm są w takiej wyprawie podstawowymi wymogami.

22.01
wieczorem dotarliśmy do Gibbs Island. Według opisu należało się kierować w wycięcie w brzegu. Nic jednak nie wskazywało na to, że za wycięciem jest jakaś zatoka. Z lodowców przywiewał porywisty wiatr i trzeba było się sprężać, żeby twardo sterować w brzeg. Zatoczka była. Rzuciliśmy kotwicę, drugą linę wynieśliśmy na ląd obkładając ją na jakimś głazie. Na lądzie należało wolno torować sobie drogę między pingwinami i z dystansem obchodzić foki uszatki - podobno potrafią być agresywne. Zabraliśmy się za klar. W trakcie jednak okazało się, że lina lądowa puściła. Wypłynęliśmy trochę w inne miejsce i ponownie rzuciliśmy kotwice. Zabraliśmy się za gotowanie ciepłego posiłku, nie sklarowawszy uprzednio wszystkiego jak należy.

W pewnym momencie zauważyliśmy, że kotwica puściła i dryfujemy na skały. Z Martinem ruszyliśmy do wioseł, ale pod spadowy - katabatyczny wiatr dmuchający z lodowca nie mieliśmy szans. Już oczy wyobraźni widziały nas na skałach z dala od ludzi.

Szybko do żagli i uciekać z zatoki obok gór lodowych stojących przy wejściu! Zrobił się taki chaos w linach, jakiego nikt z nas w swoim długoletnim doświadczeniu nie przeżył, a sądzę, że suma naszych przeżeglowanych lat sięga setki. Powolutku i z trudem udało się porozdzielać linę kotwiczną od szotów i fałów, wioseł i Bóg wie czego jeszcze - zabawa trwała ze dwie godziny.
Początkowo myśleliśmy, że zrobimy ze dwa halsy i wrócimy. Nic z tego. Nie mogliśmy wyhalsować się tak, żeby wejść do zatoczki. Nie pozostało nam nic innego jak ubrać się normalnie (wyskoczyliśmy jak kto był) założyć kamizelki ratunkowe i zacząć normalnie żeglować robiąc długie halsy. Po 15 h mogliśmy znowu rzucić kotwicę. Ciepłe jedzenie trzeba było wyrzucić - kluchy stwardniały i miały konsystencję kitu.


MapaZatoczka była urocza, można było przyglądać się, jak pingwiny bawią się w zjeżdżalnie. Ustawiają się w kolejkę na skale schodzącej łagodnie do wody i czekają aż większa fala podejdzie i spowoduje ześlizgnięcie się i następny, i następny, potem drobna rundka w wodzie i na koniec kolejki.

 

27.01
wystartowaliśmy w kierunku Elephant Island, gdzie był obóz Shackletona.
Była to kamienista mierzeja ograniczona od morza skałą nazwaną później przez uczestników ekspedycji, a konkretnie grupę czekającą, Point Wild, na cześć kierownika tej grupy. Mierzeja była zasadniczo węższa niż 50 m. Z reprodukcjami zdjęć z tamtych czasów w ręku identyfikowaliśmy historyczne dla nas miejsca: gdzie żegnali odpływającego JAMESA CAIRDA, gdzie stały łodzie udające domki, gdzie witali zbawczy statek YELCHO. Poruszaliśmy się wolno po tym kawałku lądu opanowanym bez reszty przez pingwiny i foki, które raz po raz wykonywały atak zmuszając nas do wycofania się. Wreszcie wyruszyliśmy.

30.01
, godzina 10 rano, wiał lekki wschodni wiatr. DAGMAR pokręciła się trochę wokół nas kręcąc film, a potem zniknęliśmy sobie z oczu. Przed nami Południowa Georgia. Dobra pogoda była do 31 stycznia, gdy z zachodu nadciągnął sztorm. Przypominam sobie tę jazdę w górę i w dół na mojej wachcie. Koło 21 powiedziałem do Siggi, aby obudziła Arveda i że powinniśmy refować grota - zaczęło zacinać śniegiem.

Dalszy ciąg znajdziecie w magazynie.


REJS
Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków
Czerwiec, 2000