strona główna archiwum
Pośpiewaj mi tato...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

NIECO SPÓŹNIONE OPOWIADANIE
O WIELKANOCY
Mirek "Kowal" Kowalewski

 

Święta, święta i po świętach! - wzdycha mama. Ale żeby nie te święta, to do dziś nie wiedziałbym, że morska choroba może dopaść nawet na lądzie. I to na siódmym piętrze!

 

Zaczęło się we czwartek. Przyjechała babcia z dziadkiem, żeby pomóc przy sprzątaniu. Potem wpełzł do domu tata i bardzo, bardzo wolno tłumaczył mamie, że właśnie z kolegami z pracy jajeczkowali. Takie jajeczkowanie u taty to musi być poważna sprawa, bo wyglądał nietęgo i spał w ubraniu na kanapie aż do rana. Rano mama kazała tacie umyć okna, ale tata powiedział, że jak wygląda z siódmego piętra, to ma zaraz chorobę morską. Na to babcia powiedziała, że jeżeli tata coś ma, to tysiąc wymówek, a po wczorajszym, to lepiej by się nie odzywał i nie leżał jak sułtan z ręcznikiem na głowie i pomógł mojej biednej mamie, która mogła wyjść za właściciela warsztatu samochodowego i mogłaby mieć teraz służącą i...

Blademu czegoś tacie najpierw wyleciały dwa śrubokręty za okno, gdy to okno rozkręcał, a potem wyleciała mu za okno cała morska choroba. Niestety na niższych piętrach sąsiadki powywieszały pościel za okna, a teraz przybiegły się awanturować. Wtedy mama wysłała nieco fioletowego tatę, by się lepiej przeszedł i przy okazji kupił ze trzydzieści jajek na święta. Babcia zaczęła pastować podłogi, chociaż mama mówiła, że to panele i nie trzeba, ale babcia powiedziała, że jak w domu nie pachnie pastą do podłóg, to nie ma świąt.

Wtedy wszedł tata z jajami. Najpierw na babcinej paście wykonał podwójnego "kapsla", potem piruet śmierci, w trakcie którego szczodrze sypał jajami po ścianach i suficie. Aby nie upaść, przytrzymał się dziadka, ale dziadek był na wózku i tak obaj spleceni wpadli do łazienki, gdzie zatrzymali się pod wanną. Niestety dziadek zaklinował się głową między wanną a jakimś syfonem i musiał przyjść pan hydraulik. A potem to już tylko na pogotowiu tacie założyli gips na rękę i... już święta!

W sobotę poszliśmy z tatą święcić jajka, a gdy wróciliśmy, to mama nas skrzyczała, że przynieśliśmy jakąś inną święconkę. Tata tłumaczył mamie, że może przez to święcenie się trochę zmieniła. A w ogóle w tej, co przynieśliśmy, było więcej jajek i kiełbasy, niż w tej, co mama dała, więc o co chodzi?! A w niedzielę przyjechały ciocie, które też przywiozły jedzenie i wszyscy cały dzień siedzieli przy stole i jedli. A potem stękali i... jedli. A ciocie wymieniały się przepisami na diety-cud i wszyscy znowu jedli!!!

Na szczęście potem był lany poniedziałek! Po oblaniu całej rodziny, spotkałem się z kolegami, ale kiedyśmy zlali się sami i wszystkie dziewczyny, żeby piszczały, to trochę zaczęło nam się nudzić. Więc postawiliśmy na uchylonych drzwiach od klatki schodowej wiaderko z wodą... Wtedy wyszedł przez te drzwi... mój tata, żeby mnie zawołać na obiad. Teraz leży, bo się trochę przeziębił przez to wiadro z wodą i ma jakieś kłopoty z żołądkiem, bo może trochę za dużo o zjadł w święta. Żal mi bardzo mojego taty, bo, jak sam mówi, że to nic przyjemnego mieć jednocześnie rozwolnienie i katar. I do tego prawą rękę w gipsie.

I tylko mama patrząc na tatę załamuje ręce i pyta, jak on chciał popłynąć w morski rejs na Wyspy Wielkanocne, skoro zwykłych rodzinnych świąt nie można normalnie, na lądzie...

Tekst i nuty znajdziecie w magazynie.

 

REJS
Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków
Czerwiec, 2000