strona główna archiwum
Nasz rejs...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

POD ZNAKIEM DIONIZOSA

Piotr Hoffman

 

Kurs na LakkęWyczarterowany DIONIZOS dał nam przedsmak wielkiego żeglarstwa. Ale nawigowanie wśród wysp greckich okazało się niewiele trudniejsze od mazurskiego. Miało jednak smak słonej wody i urok egzotyki południa. A pływanie we flotylli było interesujące poznawczo, towarzysko i... sportowo.

 

Przeczytałem artykuł Mirka "Kowala" Kowalewskiego ("Rejs" nr 4/1999) o jego wspaniałej wyprawie na Horn. Miałem także okazję posłuchać jego barwnych opowiadań na ten temat. I cóż, marzenia ruszyły jak hormony w wieku dojrzewania. Też chcę mieć swój Horn. Może nie taki sławny jak Kowala, może nie tak daleko, może nie na ZAWISZY, ale...
No właśnie, gdzie i na czym? Myśl o rejsie prześladowała mnie przez cały sezon. Pomysł zaczął się powoli krystalizować, gdy grupa giżyckich żeglarzy postanowiła wybrać się w rejs. Zaproponowali mi udział w tej imprezie. Po przeliczeniu tak zwanych wolnych środków obrotowych doszedłem do wniosku, że bez sponsora się nie obejdzie.
Postanowiłem go poszukać w firmie, w której pracuję. Bądź co bądź jest to największa firma czarterowa w Europie, jeżeli chodzi o śródlądzie. Przedstawiłem swój problem Szacownemu Gremium Władzy Zwierzchniej. Władza jak to władza, pomyślała i wymyśliła: planujemy uruchomić flotylle dla zagranicznych klientów, może czas podejrzeć, jak to się robi w innych firmach czarterowych, porównać z naszą firmą, może się czegoś nauczyć... Może?
Jakież było moje zdziwienie gdy po dwóch tygodniach pokazano mi zdjęcie jachtu, którym miałbym... dowodzić w Grecji. Był piękny i duży. Prawie 14 m po pokładzie. Lawina ruszyła.

Podróż

Jak dojechać do Grecji, a właściwie na grecką wyspę Kerkira (z angielska nazywaną Korfu)? Najprościej samochodem i promem. Niestety, do tego potrzeba dodatkowych dwóch dni w jedną stronę, nie mamy tyle czasu. Pozostaje samolot. Koszt ok. 1500 zł. Nasza oficer ds. logistyki Iza znalazła bezpośredni samolot czarterowy, co dziwniejsze cena obejmowała tygodniowy pobyt w hotelu wraz ze śniadaniami. No, tych śniadań to nie zjemy... Ale za to polecieliśmy bezpośrednio na miejsce i niedrogo.
Kerkira przywitała nas piękną pogodą, ok. 24°C. Półgodzinna podróż autobusem i jesteśmy u wrót żeglarskiego raju.

Gouvia Marina - dzień pierwszy

Setki jachtów, trzy potężne baseny portowe na dziewięćset sześćdziesiąt stanowisk cumowniczych, market, szkutnie, sklepy żeglarskie, słowem wszystko, co żeglarz może sobie wymarzyć. Wśród tych setek jachtów stał nasz wymarzony, wyśniony DIONIZOS. Był imponujący. Dla takich szuwarowo-bagiennych wodniaków jak my był to kawał potężnego pływadła. Ian, kapitan floty Odysseusa (tak nazywała się firma czarterowa), zaprosił nas na pokład. Umówiliśmy się, że po rozpakowaniu odbędzie się oficjalne przekazanie.
Słówko o samym jachcie. Był to 44-stopowy slup o powierzchni żagla 100 m2, z trzema dwuosobowymi i jedną trzyosobową kabiną i przestronną mesą, gdzie po rozłożeniu stołu mogły spać jeszcze dwie osoby. W mesie był też stół nawigacyjny z tablicą rozdzielczą, GPS-em, odbiornikiem Navtexu i radiem. W kambuzie oprócz garów była pojemna chłodziarka - z uwagi na duży pobór prądu działała tylko w czasie pracy silnika. Były też dwie kabiny sanitarne z ubikacją i prysznicem, a jakże, z ciepłą wodą pobieraną z pięćsetlitrowego zbiornika. Z uwagi na ekologię w portach korzystało się z prawej kabiny, która miała zamknięty zbiornik na fekalia. Niestety całą ekologię trafiał szlag po wyjściu z portu, gdzie już na pełnym morzu wypompowywało się wszystko do wody.
Jacht wyposażony był też w mocny, cicho chodzący silnik z pełnym (240 litrów) zbiornikiem i czterdziestolitrowym żelaznym zapasem ropy, elektryczną windę kotwiczną, echosondę, log, wskaźnik siły i kierunku wiatru pozornego, elektrycznego autopilota, a nawet w dodatkowy prysznic w kokpicie, słowem we wszystko, co człowiekowi na morzu przydać się może.
Rozpakowani, meldujemy gotowość do przejęcia jachtu. Jak już wspomniałem, pracuję w firmie czarterowej i wiem, czego oczekuje klient od przekazującego. Operacja została przeprowadzona bez zarzutu. Krótka informacja na temat działania silnika, windy kotwicznej, ubikacji, urządzeń nawigacyjnych, takielunku. Lista inwentarzowa do sprawdzenia - jeżeli by czegoś brakowało, to zgłoście dzisiaj i do zobaczenia jutro na odprawie.
Pora wypłynąć na krótkie sprawdzenie jachtu. Cumy rzucone i ahoj. Silnik pracuje równo, jacht reaguje karnie na każdy ruch kołem sterowym. Ludzie!!! Ja płynę!!! Na razie na silniku. Dużym łukiem wchodzimy w dobrze oznakowane wyjście z portu. Czas na żagle. Stawianie grota bez kabestanu jest tu niemożliwe, a więc niebieski fał na bęben, korba w rękę i "brać się chłopcy, brać, a żywo", grot powoli odwijając się z rolera wysuwa się z masztu. Gotowe! Maszyna stop. Cisza. Chyba dopiero teraz uwierzyłem, że tu jestem. Wspaniałe góry spadające stromo do błękitnej wody to widok, który musi wywrzeć wrażenie na kimś, kto pływał do tej pory po zimnym, szarym Bałtyku, do tego późną jesienią.
Skierowałem jacht w stronę maleńkiej wysepki, właściwie takiego ostańca skalnego przy wyspie Vidho. Nazywa się to według mapy i locji Skałą Nauzyki. Stało tam już kilka łódek. Żagle precz, kotwicę rzuć! Stoimy. Pierwsza kąpiel. Sonda wskazuje 10 m głębokości. Skok do wody i... tfu, ta woda jest słona! Zapomniałem. Teraz na pewno wiem, że to nie Mazury. Powrót do mariny bez niespodzianek, kilka manewrów i zwrotów dla wprawy i wpływamy do portu.
Najtrudniejsza część operacji - dobić tyłem. Praktyka zdobyta u Kostka przed rejsem przydała się. Jacht zachowuje się dokładnie tak samo jak OSJAN. Doskonale reaguje na ster, tyle że dziobem. Rufą nie chce skręcać. Za wcześnie wrzuciłem wsteczny, poprawka, tylko bez paniki. Załoga skupiona, gotowa na każde polecenie. W końcu oni też są na tym jachcie. Teraz dobrze, wolno do tyłu. Bartek - cuma dziobowa, Tomek i Piotr - rufowe, dziewczyny pilnują burt. Jeszcze trochę do tyłu, maszyna stop, rufowe na ląd, dziobową podebrać, knagować wszystko! Ludzie to działa!!!. Chyba się trochę spociłem. Pierwszy dzień mamy za sobą. Przy kolacji omawiamy wrażenia, analizujemy manewry i... na zdrowie za nasz rejs!

Agios Stefanos - dzień drugi

O 10.00 odprawa w portowej tawernie. Skippera naszej flotylli, Gerrita, już znamy, bo wczoraj przekazywał nam jacht. Jego załoga to Katrin - hostessa, bardzo miła i sympatyczna, po prostu Kaśka, oraz jej mama (po raz pierwszy na morzu). We trójkę będą się nami opiekować w czasie rejsu. Poznaliśmy też trzy pozostałe załogi flotylli. Gerrit pokazał w locji port, do którego płyniemy, omówił trasę, podał kierunek i siłę wiatru, no i do zobaczenia w Agios Stefanos. Jeszcze tylko zakupy, przewiezione przez właściciela marketu samochodem i wypływamy.
Wiatr podobnie jak wczoraj - słaba trójka. Stawiamy żagle, silnik stop. Jest czas na podziwianie widoków i drugą kawę. Sprawdzam na mapie trasę i głębokości, bez problemów. Oficer nawigacyjny - Tomek sprawdza i nanosi na mapę pozycje jachtu. Pokazały się dwa delfiny. Płyniemy na północ. Po lewej zatoka Agni. Wpływamy powoli na silniku. Woda kryształ. Pomimo 10 m głębokości widzimy dno. Rzucamy kotwicę 50 m od brzegu. Część załogi płynie wpław, reszta dobija na pontonie.
Wiele razy mówiło się na Mazurach o tym, że powinniśmy żyć z turystyki. W Grecji przekonałem się, że jest to możliwe. Mała zatoka o długości 300 metrów dostępnej linii brzegowej i proszę... Trzy małe restauracyjki, w każdej pełny zestaw greckich potraw i najróżniejszych trunków. Do tego trzy pomosty, plaża i możliwość wynajmu motorówki ze sternikiem. Po sutym obiedzie, żegnani przez właściciela restauracji, odpływamy. Mamy do przepłynięcia jeszcze jakieś trzy mile. Wiatr wzrósł do 5°B.
Po kilku halsach w lekkim przechyle wpływamy do "naszej" zatoki. Przy wejściu do niej, na boi cumowniczej stoi okręt Greckiej Marynarki Wojennej. Konieczna przezorność - do wybrzeży Albanii raptem dwie mile i zdarzały się już przypadki piractwa. Mniej więcej w połowie zatoki, od strony południowej wychodzi w wodę betonowy pomost, na którego końcu stoi Gerrit w ogromnym sombrero. Tam mamy stanąć. Ustawiam jacht rufą do kei i... jak w domu!. Szanuję wędkarzy, ale faktem jest, że pojawiają się tam, gdzie są najmniej potrzebni. Ten pan nie będzie nas kochał... Do kei zostało jeszcze trzy metry. Cofam powoli robiąc rozbieżnego zeza (keja z tyłu, a wrzeszcząca echosonda z przodu). Jeszcze dwa metry, metr, pół metra. Echo piszczy jak wszyscy diabli, ale Gerrit uspokaja, że zostanie nam jeszcze parę centymetrów. Stoimy. Trap na ląd i lekko wybieramy się na kotwicy, żeby nie walić płetwą sterową o podwodny głaz. Gerrit kiwa głową z aprobatą, więc chyba nie jesteśmy tacy najgorsi. Po przemyśleniu postanawiamy trzymać się tej wersji.
Agios Stefanos to maleńka osada. Raptem kilka restauracji, sklep, bar. I parę domów z zamkniętymi okiennicami, wszak jest po sezonie. Domy zamknięte, ale reszta, a jakże - czynna. Właściciele stoją przed drzwiami i zapraszają. Przy stolikach pusto. Z czego oni żyją? Wpadniemy sprawdzić to wieczorem, teraz spacer. Za pierwszym szeregiem zabudowań jest... no właśnie, to już cały Święty Stefan. Dalej jest tylko gaj oliwny i stroma kręta szosa niknąca w górach. Wysoko widać pozostałości po latarni morskiej, obecnie jest to podobno obiekt wojskowy.
Zatrzymujemy się w połowie zbocza i podziwiamy wspaniały widok na port, zatokę, morze i Albanię. Jest pięknie! Wieczorem spotykamy się z całą flotyllą w jednej restauracji. Wznosimy toast za wspólny rejs. Usłyszeliśmy też kilka miłych słów Gerrita na temat umiejętności polskich żeglarzy. Ponoć jesteśmy dobrzy. Jeszcze trochę i sami w to uwierzymy. Załogi powoli rozchodzą się na jachty. Postanawiamy przedłużyć nieco ten miły wieczór w barze. O trzeciej nad ranem przyszła Kasia. Przechyliła słuszny kielich trunku zwanego popularnie u nas wódką i...

Dalszy ciąg znajdziecie w magazynie.

 

REJS Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków

Marzec, 2000