strona główna archiwum

 

ROWERAMI PO WYSPACH
PORTOWIEC w otoczeniu gromadki "swoich" rowerów. Dzięki nim załoga odbywała dalekie wycieczki lądowe.

Welocypedy można załadować na pokład każdego średniej wielkości jachtu. Dwukołowiec niesłychanie rozszerza zasięg turystyki lądowej po zawinięciu do kolejnego portu. Rejs bardzo na tym zyskuje.

Mieczysław Krause

 

 

Uczestnicy tego rejsu to w większości ucząca się młodzież, "zielona" na morzu, ale ciekawa i żądna wrażeń. Dotychczas prowadziłem jachty z załogami o pełnym rynsztunku żeglarskich szarż w skali sześciostopniowej, był to więc dla mnie eksperyment ciekawy. W razie czego - pomyślałem - pobawię się w żeglugę samotną z żywym balastem pod pokładem. Jednakże pomimo figlów morza, załoga sprawdziła się znakomicie. W znacznej mierze dzięki najmłodszemu wiekiem członkowi załogi, podówczas 17-letniemu Marcinowi z Gdyni, który zresztą okazał się najstarszy stopniem. Jako SJ/PU został I-szym. Opływany, niezawodny.

Port i stare Visby.

Plany, jacht, załoga

Termin eskapady zaplanowaliśmy na II połowę sierpnia 1998. W końcu lata łatwiej wyczarterować jacht, a w portach już nie tak tłoczno i niższe opłaty. Spodziewaliśmy się ponadto dobrych wiatrów, słońca i jeszcze ciepła. Sprawdziło się to pierwsze, drugie częściowo, a trzecie wcale - szczególnie na Alandach. Przy tym połowa sierpnia to w Skandynawii koniec sezonu turystycznego - mniej atrakcji, atmosfera jesiennej pustki.
Plan rejsu zakładał skok z Gdyni na Alandy - z wykorzystaniem spodziewanych zachodnich półwiatrów. Później swobodne spadanie na południe, odwiedzając mijane miejsca w miarę zainteresowań, pogody i czasu.
Wyczarterowany PORTOWIEC to ponaddwudziestoletni mahoniowy "Opal II" - czternastometrowy kecz, mieszczący 9 osób. Chociaż sprawny i bezpieczny, to standardem i zużyciem coraz bardziej odbiega od współczesnych przyzwyczajeń. Korzystnie wpłynęło to jednak na cenę czarteru.
Brak rejsowego i morskiego doświadczenia wśród pokładowego pospólstwa oznacza zwiększony wysiłek kadry, dłuższy klar, a niekiedy - trudne do przewidzenia niespodzianki. No i nadzwyczajną troskę o bezpieczeństwo - odpowiednie nawyki egzekwowałem bezwzględnie. W każdym razie otrzymałem po rejsie telefony od rodziców z podzięką za powrót nienaruszonych dzieci do domu. Okoliczności te nie oznaczały jednak spowolnienia żeglugi ani zubożenia doznań załogi wyłącznie do lekkich i przyjemnych.
Intensywność i tempo pływania prawie regatowe (jeśli o naszym okręcie tak można rzec) wynikały jedynie z pogody i bezpiecznych możliwości jachtu. Nie przetrzymywaliśmy sztormowego foka na sztagu po pół dnia w lękliwym oczekiwaniu, że wiatr nagle groźnie wzrośnie.

Burtą w burtę z JOSEPHEM CONRADEM W UROCZYM Christianso. Na naszym śródokręciu widoczny jest ładunek rowerowy".

Najpierw na Alandy

Z Gdyni wyszliśmy na silniku 17 sierpnia na noc, kierując się na stolicę Alandów - Mariehamn. Nad ranem powiało z zachodu, wolno, ale systematycznie tężejąc. Cały dzień mógł nas poganiać spinaker.
U południowego cypla Gotlandu trzeba go było jednak - z żalem - sprzątnąć. Wiatr przechodził w sztorm i przesadziłbym twierdząc, że pociągała mnie perspektywa walki z tą spuszczoną z wodzy bestią w sztormowej nocy, siłami nienawykłych żeglarzy. Spisali się wspaniale - to był ich morski chrzest. Potwierdziła się moja wiara w załogę. Po wyjściu zza osłony Gotlandu i Gotska Sanden wiała już równa ósemka, gnając 3-4 metrowe dziady.
Wreszcie po 66 godzinach żeglugi i przebyciu 381 mil osiągnęliśmy port, a w nim żeglarskie marzenie - sauna!!
To podniosło nastroje. Dodatkowo na wzrost uznania dla wygód PORTOWCA wpłynął widok wpółzatopionej, otwartokokpitowej łódki, którą trójka młodych Szwedów w tym samym sztormie przybyła ze Sztokholmu.
Nie wiem już skąd, pamiętam maksymę: "powiedz, co robisz w porcie, a powiem ci, kim jesteś". Z wolnym czasem na cumach bywało, bywa i bywać będzie różnie - degustibus non disputandum. Słyszałem o załogancie, który po zawinięciu na Galapagos nawet na chwilę nie opuścił koi - egzotyka archipelagu nie robiła na nim wrażenia.
Powiada się, że to nie pieniądz decyduje o spędzaniu czasu. Warto jednak przypomnieć, jak to było za PRL-u. Na rejs zagraniczny żeglarzowi przydzielano (centralnie!) dietę dewizową w kwocie 1 (jeden) USD dziennie. Za tę sumę mógł w sposób cywilizowany ze 3 razy oddać mocz. Na fanaberie w rodzaju pocztówki, muzeum, kina porno lub majtek dla narzeczonej innych niż rodzime barchany - twardą walutę trzeba było przemycać. Ryzykowało się kilkuletnim wstrzymaniem paszportu, okraszonym ponurymi wywiadami u smutnych panów.

Skandynawski klimaty - Gudhjem. Za duzym statkiem zamykają się wrota sztormowe.

Bez piwa i.... rowerów ofensywa niemożliwa

Oczywiście po przeżytych przygodach wśród portowych rozrywek - zatłoczona, budująca wesołością mesa z piwem, szantami, wspominkami, rekwizytami zawsze stała wysoko. Bez piwa ofensywa niemożliwa.
Każda chwila w porcie warta jest jednak zaplanowania przed rejsem, aby w pełni wykorzystać mało na ogół doceniane możliwości. Nuda w atrakcyjnym miejscu - ile kosztuje utraconych szans, a jaka jest częsta!
I właśnie rowery dla załogi to niedościgniony sposób na intensywne życie w lądowej części rejsu. Jeśli zdołamy je upchnąć na jachcie i zabezpieczyć przed moknięciem i zmyciem za burtę - znakomicie rozszerzają możliwości eksploracji nawet odległych okolic. Bez roweru nigdy tyle się nie zobaczy. Dla nas oznaczało to nie tylko 50-100 kilometrowe wycieczki po Alandach, Gotlandzie i Bornholmie, z całym bogactwem związanych z tym doznań - ale i np. dokładne obejrzenie 5-kilometrowych murów obronnych Visby. Piechotą nikogo na to nie byłoby stać. Wszędobylskości i "dyspozycyjności" roweru nie zastąpi żaden publiczny środek lokomocji, ograniczony trasą i rozkładem i przecież nie darmowy. Co prawda w Skandynawii rower można wypożyczyć prawie wszędzie, ale to też wydatek: 2-3 USD dziennie za pojazd o standardzie "komsomolca" model 1990. "Góral" kosztuje trzykrotnie więcej.
Własny sprzęt - dopasowany, wyposażony, przetestowany - to nie tylko niezawodność, wygoda i szybkość, ale również niezależność i dłuższe trasy.
Jacht wielkości PORTOWCA daje spore możliwości zasztauowania rowerów, nawet na dużych kołach, jakie w większości mieliśmy. Wyjątkiem był składak Piotra i "bike" Mateusza, przystosowany do ograniczonej ruchowo prawej nogi. Chociaż Mateusz pedałował tylko lewą - nic sobie nie robił z tras rzędu 50 km, i to często po wzniesieniach. Poza składakiem, wciśniętym na morzu do WC, osiem pozostałych mieściło się na pokładzie nadbudówki pod bomem grota, ułożone na przemian przód-tył w pozycji przewróconej talii kart. Całość owijaliśmy 6x9 m płachtą grubej folii basenowej i przywiązywali do masztu i handrelingów. Zdało to egzamin niezależnie od przechyłów i stanu morza, nie zakłócając przy tym widzialności, choć tłumok był niezgorszy. Na szczęście - celnicy nigdy nie kazali nam tej misternej struktury otwierać - nawet polscy.
O tym, że rowery należy zabezpieczać i w porcie - przekonał się w Mariehamn Marcin. Nie chcieliśmy sprawiać przykrości fińskiej policji zgłoszeniem kradzieży w sytuacji, gdy co trzeci przechodzień mówił językiem byłego mocarstwa. Hasło "Europy bez granic" przewrotnie uaktualniło się też w Kalmarze, gdzie na kei przywitały nas dwie tirówki stanowczo napływowe.

... [Dalszy ciąg w magazynie]

 

Poprzednia

Następna