strona główna archiwum
Nasz rejs...
Poprzedni artykul
Nastepny artykul

PRÓBA GRUDNIOWEGO BAŁTYKU
Bartosz Obracaj

 

- W zimie to się pływa!!! - stwierdził podczas letniego rejsu nasz skipper. Wtedy, dumny z każdej mili, prawie się na niego obraziłem. Ale teraz... Bartosz Obracaj

Początek grudnia 1999 roku. Późnym popołudniem wypływamy z Gdańska na Zatokę. Nasza sześcioosobowa załoga ma do okiełznania 18 metrów stalowego J-140. Trzy metry pokładu na osobę - nie jest tak źle. Jednak gdy pierwsze żniwo zbierze choroba morska, ten przelicznik nie będzie wyglądał już tak optymistycznie.

Pierwszy grymas

Neptuna Morze jeszcze spokojne, jednak w miarę zbliżania się do Helu zaczyna wiać naprawdę solidnie. Teraz każdy zdaje sobie sprawę, że nie ma już odwrotu i trzeba płynąć, cokolwiek miałoby to znaczyć. Tymczasem Bałtyk po raz pierwszy w tym rejsie pokazuje zęby. Do silnego wiatru z czasem dołącza stroma, nieprzyjemna fala. Pierwsze dary dla Neptuna lądują za burtą. "Chyba chce nas przekonać, że pływanie zimą to nie jest dobry pomysł" - zdają się mówić nasze twarze. Chwilę później rozdziera się na całej długości zarefowany grot. Jest to pierwsza z serii awarii jachtu, które będą obrzydzać nam życie nie mniej niż pogoda. Ostatecznie dopływamy po około dobie (!), kompletnie "rozjechani" do Władysławowa. Tę rundę chyba przegraliśmy. Morze od razu pokazało, na co je stać, ale pewnie dzięki temu łatwiej było nam pokonać to, co miało dopiero nadejść. Przedziwnie wyglądał nasz samotny jacht wśród floty kutrów w ciągu tych krótkich, zimowych dni, gdy przygotowywaliśmy go do dalszej drogi. Trochę jak intruz, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Podobne opinie wyrażali sami rybacy, ale w gruncie rzeczy jako ludzie morza chyba czuli do nas sympatię, choć do końca raczej nie zrozumieli, do czego jest nam ta zabawa potrzebna. Władysławowo opuszczamy bez wyraźnie określonego celu podróży. Zdajemy sobie sprawę, że w zimie jeszcze bardziej o wszystkim decyduje pogoda. Najogólniej mówiąc, płyniemy na drugą stronę Bałtyku.

Nieufna Szwecja i niechętne morze

Morze gładkie prawie jak stół. Jednak prognoza sprowadza nas na ziemię. "Niż z centrum nad Danią pogłębia się i przemieszcza na wschód...". No cóż, sielanki raczej nie będzie. I rzeczywiście, przy wciąż tężejącym wietrze płyniemy baksztagowym kursem w stronę Kalmaru. Ostatecznie po ok. dobie, bez większych przygód i trudności wchodzimy do Berghvary, "metropolii" (1100 mieszkańców) na zachodnim brzegu Cieśniny Kalmarskiej. Spędzimy w Szwecji trzy (!) "długie" godziny, z których sporą część poświęcimy na przekonywanie szwedzkich pograniczników (wezwanych przez przypadkowego przechodnia - Szwecja to jednak dziwny kraj), że żeglarstwo, a nie przemyt są naszym sposobem na życie. Gdy już nam się to udało, usłyszeliśmy tylko: You're crazy!!!...

Dalszy ciąg znajdziecie w magazynie.

 

REJS
Magazyn Żeglarzy i Motorowodniaków
Kwiecień, 2000