strona główna archiwum

 

KTO ŻYW NA CYKLADY

Magdalena Zielińska

Po sezonie pogoda jest wciąż piękna, ale nie ma tragicznych upałów i męczącej fali turystów. Za to jest gnana wiatrem morska fala, nie trzeba więc pływać – jak to najczęściej w lecie bywa – na „dieselgrocie”. Wyspy Grecji...

Każda z nich to inny świat, inny kolor domów, plaży, inna roślinność, wreszcie inne wino – każda szczyci się tym własnej roboty. Takie samo jest na Cykladach jedynie morze, choć i ono na każdej z wysp witało nas w inny sposób.
Wybierając się na Cyklady dobrze pamiętać o kilku istotnych sprawach: po pierwsze trzeba zarezerwować sobie na to przynajmniej dwa tygodnie – to już wystarczająco dużo czasu, żeby zobaczyć większość z wysp. Warto też wybrać odpowiedni moment – Cyklady najlepiej zwiedzać w październiku.

Od razu żyć nie umierać...

My podróżowaliśmy aż w trzy jachty – prawie trzydziestoosobową ekipą. Większość z nas przyleciała do Grecji samolotem. (Najtaniej węgierskim Malevem lub rumuńskim Taromem). W Warszawie żegnała nas plucha i ulewa. Na lotnisku w Atenach przywitał żar – na termometrach dwadzieścia sześć stopni.
Do portu Kalamaki, zwanego też przez Greków Alimos Marine, dotarliśmy o pierwszej w nocy – do końca nie wiedząc, co począć ze sobą przez najbliższe czternaście godzin (dopiero o siedemnastej odbieraliśmy łódkę), a tu proszę jaką niespodziankę zgotowała nam ekipa dojeżdżająca samochodem. Tuż obok portu – boisko otoczone niskim murkiem, na nim obrusy, pełno jedzenia, oczywiście winogrona, mnóstwo wina – grill już rozpalony. A do tego – whisky litrami – kupiona za grosze w Bułgarii. Żyć nie umierać. I nic nie szkodzi, że praktycznie w ogóle się nie znaliśmy. Jedyną znaną każdemu osobą był nasz admirał Piotr Pasek – to jemu udało się zorganizować tę eskapadę i namówić na nią tak dużo zakręconych zbieraczy przygód.

Czarter i „żeglarska weryfikacja”

Czarterowaliśmy łódki typu Sun Shine (dziesięcioosobowe, 12 m po pokładzie, 80 m2 żagla). Na naszym jachcie było osiem osób, co w sumie okazało się optymalnym rozwiązaniem. Jeszcze krótka narada kapitanów, gdzie pierwszy postój, na którym kanale VHF się łączymy i jak się wzywamy. Wypłynęliśmy późnym wieczorem.
No cóż, w naszej załodze po morzu pływali tylko Piotr i Edward. Reszta to stado wilków tatarakowo-szuwarowych, które największe sztormy przechodziło w sztynorckiej „Zęzie”. Wcześniej myślałam, że opowieści o morskiej chorobie są nieco przesadzone. Już gdy minęliśmy główki portu musiałam zweryfikować ten optymizm.
Po dziesięciu godzinach dotarliśmy do przylądka Sunion. To może nie najciekawszy, ale absolutnie obowiązkowy przystanek – kilkaset metrów nad poziomem morza wyrasta na klifie świątynia Posejdona. Trzeba się tam wspiąć i poczęstować boga mórz jakąś gorzałką, inaczej lepiej dalej nie płynąć.

Kiler w eterze

„Owca” do „akwarium”, „owca” do „akwarium”... – wzywaliśmy jacht Marka hasłami z „Kilera”.
Rano dotarliśmy na Syros, gdzie niemal wszystkie domy i budynki są żółte. Główne miasto i port wyspy – Ermoupoli to największa metropolia Cyklad i stolica archipelagu. Jak się potem okazało – była to najelegantsza z wysp. Kilka godzin później (przepłynęliśmy niecałe dwadzieścia mil) obkładaliśmy cumy w porcie na Mykonos. O miejsce było bardzo trudno, to bowiem najbardziej popularna, a w związku z tym także najdroższa wyspa Cyklad. Przyjeżdża tu głównie śmietanka towarzyska, artyści i pseudo-artyści.
Teraz czekał nas najdłuższy jak dotychczas odcinek. Płynęliśmy na wyspę, którą rozsławił „Wielki błękit”. Luc Besson kręcił ten film na Amorgos. Na szczęście jest ona oddalona od głównego szlaku, dzięki czemu nie zalewa jej rzesza turystów, co samą wyspę czyni cudownie dziewiczą. Zwiedzaliśmy ją na skuterach. Byliśmy zafascynowani Monastyrem, a zwłaszcza ciepłym przyjęciem przez tamtejszych mnichów. Tylko we trzech zamieszkują pięćdziesiąt pomieszczeń klasztoru, pędzą rakiję – grecką cytrynówkę, aby częstować nią turystów. Do tradycji należy to, że z każdym zwiedzającym mnich musi wypić za pomyślność.
Widzieliśmy też stolicę Chorę, gdzie snują się sami starzy ludzie, cmentarz z czekającymi na nich urnami, świszczący wiatr, niemal pustynny krajobraz, bez żadnej zieleni. Odwiedziliśmy Vroutsi – miasto jeszcze bardziej puste i smutne, gdzie jedyną tawernę prowadzi dwójka Greków staruszków – w pomieszczeniu jeden stół i przedpotopowa lodówka – to też Unia Europejska. Widzieliśmy wreszcie miejsce, gdzie Jack Majol trzymał swoje płetwy i gdzie Enzo wyławiał monetę, i oczywiście prawdziwy wielki błękit.

Mykonos - "Mała Wenecja"

Niebanalnie ku Santorini

Czas wypływać, a tu wieje, że hej. Jeden z kolegów stwierdził: „będzie niebanalnie”.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że żegnamy najpiękniejszą wyspę Cyklad, choć dominował na niej kolor szary i skały bez kwiatów. Ale miała taki dziwny, specyficzny klimat... Na razie jednak przed nami była najsłynniejsza wyspa Cyklad – Thira znana lepiej jako Santorini.
I zaczęła się jazda. „Bujało nami w górę w dół, a fala zmyła żagle”; dobrze, że temperatura wody miała ponad dwadzieścia stopni, dopiero po siedemnastej fali robiło się trochę chłodno. Po trzech godzinach morze raczyło złagodnieć – to jest w Grecji sympatyczne, że nawet jak mocno wieje, to krótko i ciepło.
Późno wieczorem dotarliśmy na Thirasię, wyspę leżącą w archipelagu Santorini, przy niej samej bowiem nie da się cumować. Rano przekonaliśmy się, że klify na wyspie są czerwone, co być może miało związek z tym, że jest ona nawiedzana przez wampiry (tak przynajmniej informuje „Greek Water Pilot”). Podobnie demoniczna atmosfera panuje na czerwonych plażach Santorini, na którą dostaliśmy się wodną taksówką. Z morza widok niesamowity, ponure skaliste brzegi wznoszą się setki metrów w górę. Prom wydaje się przy nich malutkim stateczkiem. Santorini to chyba najbardziej skomercjalizowana wyspa, jaką napotkaliśmy na naszej trasie – wisiorki, koszulki, bluzeczki „Santorini”. Raczej wystarczy zobaczyć ją z morza.
Stąd ruszyliśmy skokami – z wyspy na wyspę. Najpierw na Milos i dalej na Sifnos. Nazwa może nie zachęcająca, ale miejsce okazało się bardzo atrakcyjne, zwłaszcza jego ciekawa zabudowa i kościoły stojące niemal nad samym morzem.
Następnego dnia gnaliśmy już na Serifos. Tu w tawernie tuż przy plaży Grek puszczał z czarnych krążków Chopina i Vivaldiego. Nagle coś zaczęło nam kapać na stolik ze słomianego daszku. No tak, co kot to inny obyczaj.

Meltemi, retsina i aligatory w ludzkiej skórze

W październiku wiatry w Grecji są dość przychylne i rzadko wieje Meltemi – postrach żeglarzy, bywają jednak chwile, kiedy za wszelką cenę chce się być na lądzie. Przepływaliśmy akurat obok Kithnos, gdzieś daleko zaczęło błyskać, ale nie było huku, znaczitsja – burza daleko. Morze spokojne. Nagle Piotr krzyknął – „sztormiaki i szelki na pokład”, zaraz potem burza nas dopadła. Wiatr, ulewa, potworny huk spowodowały, że strach owinął mnie wokół kabestanu.
Tym razem nawet Pasek zechciał zmienić swoje plany – totalnie przemoczeni, wyziębieni i zmęczeni – zawinęliśmy awaryjnie do portu na Kithnos. To właśnie walory żeglowania w tym archipelagu. Masz dość? Zawsze jakaś wysepka mile cię przywita. Pognaliśmy na dyskotekę, druga w nocy, lecz ze zmęczenia już nic nie zostało.
Następnego dnia dotarliśmy na Hydrę – na niej piękne górskie tereny, pasące się owieczki i wyraźny koniec sezonu – to była już połowa października. Zwykle zatłoczona wyspa okazała się o wiele przyjemniejsza w swojej posezonowej krasie. To jedyne miejsce, gdzie domy pokryte są czerwoną dachówką i nie jeżdżą żadne pojazdy spalinowe.
Rano wyruszyliśmy. Krótki przystanek na Poros – podobnie jak Santorini zbyt skomercjalizowanej wyspie, a wczesnym popołudniem dotarliśmy na Metanę – miejsce w sam raz na bal kapitański – tuż przy porcie piękna plaża z tysiącem palm. Rozstawiliśmy grill, kapitanowie przyrządzili pyszną sałatkę grecką, a dziewczyny poszły z pustymi butelkami szukać po chatach Retsiny – wino prosto z beczki od chłopa smakuje najlepiej. A potem prawdziwy bal, karkóweczka z grilla, gitara, szanty i... zabawa do białego.
A rano poszliśmy do wanien. To gorące źródła oddzielone od morza kilkoma kamieniami. Tam – jak małe aligatory – pławiliśmy się w super gorącej wodzie, podziwiając między palmami wschód słońca do momentu aż zrobiło się nam słabo – woda miała ok. czterdziestu stopni, od czasu do czasu ochładzała ją jedynie zbłąkana morska fala.

Ostatnie akordy

Wreszcie nadeszły smutniejsze chwile. Zaczęliśmy szykować jacht do oddania. Kilka godzin klarowania, aby łódka lśniła jak nowa. To dobry moment, aby wspomnieć o najgorszej części tego rejsu, mianowicie o kosztach: tysiąc osiemset złotych od osoby na dwa tygodnie – czarter jachtu z wyżywieniem (w tym też skutery, autobusy, taksówka wodna, itp.), tysiąc dwieście – samolot, no i oczywiście trochę grosza na tawerny.
Lot do Warszawy odbywał się całkowicie bezstresowo, bo w ramionach Morfeusza. Ze snu niemile wyrwały nas słowa kapitana: temperatura w Warszawie minus cztery stopnie.

Osobnik najczęściej fotografowany na Mykonos

 

PRZYKŁADOWE CENY TYGODNIOWEGO CZARTERU JACHTU (w DEM)
Typ jachtu
Rok budowy
Dł (m)
Liczba koi
24.07
–28.08
01.05-24.07 i 28.08-09.10
01.05-09.10
DISCOVERY3000
90/91
9,70
6
1800
1700
1400
SOLARIS 32
96
9,55
6/7
2350
2200
1600
GIB SEA 372
89/91
10,90
6/8
3700
3500
2300
SUN ODYSSEY 36,2
96/97
11,00
8
3900
3700
2500
SUN FIZZ 40
85/86
12,30
10
3400
3000
2200
OCEANIS 411
98
12,60
8
6400
5900
4300
BAVARIA 44 H
94/96
13.66
8
6300
5900
4100
FIRST 45 F5
91/94
14,20
10
6400
6000
4100
SUN ODYSSEY 51
90
15,35
12
9900
9200
6500
ATLANTIC 55
90/93
16,50
12
8000
7500
6000
ATLANTIC 61
93/96
18,60
12
9220
8730
5820
Kaucja: 2000-3500 DEM (w zależności od długości jachtu)
Dodatkowo (m.in.): skipper 150 DEM za dzień + wyżywienie
hostessa: 120 DEM za dzień + wyżywienie
autopilot: 250 DEM/tydzień
GPS: 100 DEM/2 tygodnie
Dopłata za rejs w „jednym kierunku”:
Rejs dwutygodniowy: 400 DEM
Rejs trzytygodniowy: gratis.
 
Kawa w knajpie 250 GRD
Piwo w knajpie 250-300 GRD
Kolacja z winem ok. 2500 GRD od osoby
100 drachm (GRD) = 1,29 zł

 

Fot. Magdalena Zielińska

 

Poprzednia

Następna

1999 Wszystkie prawa zastrzeżone