strona główna archiwum
TERESA REMISZEWSKA
Kiedy decydowała się na samotny rejs, wiedziała, że nie siła decyduje na morzu, a mózg – wiedza i doświadczenie. Bo jeśli przy średnim wietrze 3-4°B, na szocie foka zawieszone jest 20 ton, to przecież żadna siła – ani mężczyzny, ani kobiety tego nie uciągnie.

Mira Urbaniak

Fot. z arch. Teresy Remiszewskiej
O Teresie mówią

      Na IV Transatlantyckie Regaty Samotników w 1972 roku stawili się jak zwykle najwięksi: Chichester, Colas, Hornett i inni. Po raz pierwszy wśród uczestników byli żeglarze z krajów socjalistycznych: trzech Polaków i Czech. Na mecie w Newport oprócz kpt. Krzysztofa Baranowskiego na POLONEZIE, kpt. Zbigniewa Puchalskiego na MIRANDZIE, znalazła się również kpt. Teresa Remiszewska na KOMODORZE – pierwsza Polka i czwarta kobieta na świecie, która samotnie przepłynęła Atlantyk... Teresa Remiszewska – kobieta, która tak jak Teliga otworzyła kolejne drzwi dla polskiego żeglarstwa.
      Miała wtedy za sobą już prawie 20-letnią drogę po morzach, którą zaczęła jako urodziwa nastolatka, wpychająca się za siostrą do pracy przy jachtach i do załóg wypływających w rejsy na Zatokę.
      Swój pierwszy rejs, zaraz po wojnie, na zdezelowanym poniemieckim wraku pamięta do dziś, bo zaraz po wypłynięciu zerwał się ster, a kapitan wrócił do basenu jachtowego w wielkim stylu – sterując żaglami. A wejście było wtedy wąską, najeżoną drutami zbrojeniowymi dziurą w falochronie, ponieważ w główkach portu leżał wrak. Było to mocne przeżycie... Tak, jak pierwszy samodzielny kapitański rejs, kiedy w czasie sztormu walnęła pięścią w zęby potężnego załoganta (który w stresie postanowił wysiąść z jachtu), zwalając go do zejściówki.
      W czasie ponad dziesięciu lat kapitanowania zdobyła także opinię strasznej baby, najczęściej u tych, którzy z nią nie pływali. Natomiast załoganci wiedzieli, że jest konsekwentna, wymagająca i sprawiedliwa. Tym, którzy u kpt. Remiszewskiej pokonywali stopnie żeglarskiej kariery, proponowała tylko dwie oceny: umie i nadaje się albo nie. I żadna interwencja nie skutkowała. Uważa bowiem, że morze jest żywiołem tak wymagającym, że tylko tym, którzy mają dla niego respekt, pozwala koegzystować i czuć się na nim szczęśliwym – tak jak była ona. Dyplom kapitański robiła „z Krakowa”, borykając się z małymi dziećmi i kłopotami finansowymi, ale kiedy w latach sześćdziesiątych wróciła na Wybrzeże i morze stało się codziennością, zaczęła marzyć o wielkim rejsie. Okazało się, że jest szansa wzięcia udziału w wielkim wyścigu samotników.
Fot. z arch. Teresy Remiszewskiej      Teresa Remiszewska zostaje zaproponowana do regat TARS-72 przez armatora EUROSA – bydgoską „Brdę”; kandydaturę przyjmuje PZŻ, a za zgodą ministra obrony narodowej dowódca Marynarki Wojennej przekazuje jej KOMODORA – jacht typu Opal, którego armatorem jest gdyńska „Kotwica”. Można by sądzić, że spełniły się marzenia, ale okazało się, że dopiero teraz zaczęły się progi i bariery. Klub nie był szczęśliwy, ale wykonano rozkaz, dygnitarze dawali się przekonać ładnej kobiecie co do decyzji finansowych wspierających rejs, ale życie pokazywało, jak było daleko do rzeczywistych pieniędzy. Z natury swej ufna w słowo, na nowo uczyła się życia. Do tej nauki dołączyć musiała również bolesne doświadczenie zawiści ze strony niektórych kolegów żeglarzy. I ciężar spadł z niej dopiero, kiedy wypłynęła. Tylko że wtedy pojawiły się inne, dużo poważniejsze problemy.
      Na starcie regat w Plymouth stanęła dzień później niż inni – po zabiegu operacyjnym w szpitalu. Seryjny Opal został poddany przeróbkom, ale w sposób, jaki jeszcze dzisiaj ocenia jako skandaliczny, chociaż trudno powiedzieć, do jakiego stopnia był to wynik ówczesnego stylu pracy Gdańskiej Stoczni Jachtowej, a do jakiego były to sprawy zamierzone. Ten jacht nie miał więc żadnych szans w regatach i z góry było wiadomo, że udział w nich nie będzie walką z morzem, tylko z problemami technicznymi: popsuta prądnica, log, samoster, pęknięty maszt, radio o zasięgu 50 Mm. Uważa, że fakt, iż przepłynęła Atlantyk w ciągu 57 dni, 3 godzin i 18 minut i tę walkę z jachtem wygrała, to jej osobisty sukces.
      I tak przyjmowano ją w Ameryce. Kiedy Amerykanie zobaczyli stan jachtu, więcej pisali o niej, niż o zwycięzcach. I jak na ironię była to antyreklama, a ona płynęła przecież, żeby nieść chwałę polskiej stoczni.
      Po powrocie miano do niej o to pretensje i nikt nie wierzył, że wchodziła przez dziurę do stoczni, aby sprawdzić stan robót na swoim jachcie. Mogła się również na ten temat skarżyć lub donosić, ale jednego nie uważa za skuteczne, a drugiego nie uznaje. Problemy techniczne były na tyle poważne, że mogła się również wycofać, ale wyobrażała sobie zdania na temat „typowej baby”, co się nie wiadomo na co porwała. Czuła się też lojalna wobec tych, którzy wsparli rejs, a przecież w kolejce do następnych czekali koledzy żeglarze.
      Była jeszcze jedna, najważniejsza sprawa, cicha zgoda na popłynięcie dalej, na rejs dookoła świata. Nie pozwalał jednak na to stan techniczny jachtu. Chociaż miała zaopatrzenie na dalszą drogę, remontu wymagała, i instalacja elektryczna i takielunek. Potrzebnych było 3 tysiące dolarów. Nie umiała „żebrać” w Ameryce. Władze żeglarskie i wojewódzkie namawiały do powrotu, obiecując budowę specjalnego jachtu. Wróciła, by kilka lat walczyć o ten rejs. Po trzech latach miała decyzję, gotowe plany konstrukcyjne i pieniądze – 70 tys. złotych dewizowych. Wyjechała wtedy na parę tygodni do USA, a kiedy wróciła – w rejs dookoła świata wybierała się Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, na innym jachcie i z inną koncepcją rejsu. To były jedne z najgorszych dni w życiu, nie tylko dlatego, że okazała się naiwna, ale że o takiej sytuacji zadecydowała zwykła nieprawość ludzka, wobec której jest się bezradnym.
Ale przecież morze nie miało z tym nic wspólnego. Żeglowała więc dalej, dowodząc między innymi ZEWEM MORZA. A poza tym w Ameryce zdobyła nie tylko popularność, ale również miłość i wspaniałego partnera.
Fot. J.Uklejewski CAF/PAP - Archiwum PZZ      Rok osiemdziesiąty i wybuch „Solidarności” postawił Teresę Remiszewską wśród ludzi, którzy poczuli wolność na lądzie. A władze stanu wojennego uznały ją za osobę, która postanowiła obalić ustrój, zapewniając kilkumiesięczny pobyt w więzieniu. Interweniowali znani ludzie ze świata, poręczyli koledzy. Ale był to, oprócz końca pracy dziennikarskiej w „Żaglach”, także koniec żeglowania, chociaż nie miało to wtedy większego znaczenia, bo stanęła w obliczu choroby i śmierci ukochanego męża.
      Ostatnio spotkałam Teresę Remiszewską w poradni kardiologicznej. Jej serce i życie toczą się już w innym rytmie.
      Czy marzy jeszcze o jakimś rejsie, choćby z rodziną? Żeglują syn, córka i wnuki. Nie, bo twierdzi, że nikt by jej na jachcie nie słuchał. Nie wyobraża sobie tylko życia bez codziennego spaceru wzdłuż plaży do Brzeźna czy Orłowa. Myśli wtedy o tym, jak ludzie mimo wieku i złego samopoczucia uporczywie trzymają się życia, co umożliwia im dzisiaj postęp technologii, który również tak zmienił współczesne żeglarstwo. A przecież wystarczy dobry kadłub, ster, porządne żagle, dobry kompas, ewentualnie prymus i to już wszystko, co potrzebne jest na morzu.
Porzednia strona

Poprzednia

Następna

Następna strona

1999 Wszystkie prawa zastrzeżone